Kim jesteśmy?
Na pozór normalnymi kobietami. Pracujemy zawodowo, mamy swoje rodziny i znajomych. Na pozór - bo różni nas to, że swój wolny czas, o który coraz trudniej, poświęcamy psom, na które nikt nie ma czasu. I bynajmniej nie dlatego, że nie mamy pomysłu, jak inaczej można go spędzić.
Gdy każda z nas po raz pierwszy pojechała do schroniska, nie mogła tam nie wrócić. Dlaczego? W pamięci zostają oczy, które na ciebie patrzą - czasem ze smutkiem, ale częściej z ogromną nadzieję - i mobilizują do działania. Wracasz do domu, do codzienności, ale nie możesz pozbyć się myśli: czy mogę jakoś pomóc?
Pierwszego psa wkładasz w ręce znajomym. Pies jest szczęśliwy, oni jeszcze bardziej. Chwalą się, jaki cudowny. Próbujesz to samo z kolejnym, i jeszcze jednym. Udaje się, zgłaszają się cudowni, zupełnie ci nieznani ludzie. Patrzysz na ich radość i na to, jak schroniskowe nieszczęście pod ich opieką rozkwita, staje się pięknym psem.
A oni chcą pomóc. Grupa się powiększa, niczym śniegowa kula...
Wariactwo? Walka z wiatrakami, bo i tak wszystkim psom nie pomożemy? A może coś znacznie więcej.





